Jak nie prośba to groźba

Niektórzy rodzice twierdzą, że trudny wiek dziecka zaczyna się od urodzenia. Jest jedno ale, dopóki dziecko nie mówi uważamy że nic nie rozumie. Niektórzy tkwią w takim przekonaniu nawet do 3 bądź 4 roku życia dziecka. Co tu dużo gadać, jeśli nie rozumie, możemy robić z dzieckiem co nam się tylko podoba.

Schody zaczynają się gdy myślimy, że nasze dziecko dorosło do roli kompana, ale coś tu nie gra. Chcemy mieć towarzysza, który myśli i robi wszystko dokładnie tak jak my. Co wtedy gdy uświadamiamy sobie, że mały człowiek ma inny plan na wszystko? Zaczynamy dziwnie rosnąc i stajemy nad tym naszym wcześniejszym kompanem niczym Godzilla i zaczynamy grozić. 

Jeśli śledzicie mój Instagram i Instastory wiecie, że przez jeden dzień, ba kilkugodzinną wycieczkę pieszą z Gdańska do Spotu relacjonowałam wam jakie groźby mogą jeszcze wymyślać dorośli w stosunku do swoich dzieci. W między czasie od pewnej pani dowiedziałam się, że groźba i zastraszanie to najlepsza metoda wychowawcza od lat. Dlaczego tak twierdzimy?

  1. Groźba działa od razu. To jest jej podstawowa pseudo zaleta. Lubimy rozwiązania natychmiastowe, a jeśli chodzi tutaj o zachowanie dzieci to wręcz uwielbiamy metody „ czarodziejskiej różdżki”. W tej sekundzie mówię, w drugiej sekundzie dziecko zachowuje się tak jak tego chcemy.
  2. Mamy uczucie kontroli. Każdy lubi panować nad sytuacją, a skoro jesteśmy rodzicami to jak wyglądamy w oczach innych skoro pozornie nie mamy kontroli nad dziećmi? Jak nieudacznicy i rodzice mało doświadczeni?
  3. Uważamy że dzieci i ryby głosu nie mają. Każdy kto ma mniej lat, doświadczenia i wzrostu musi znać swoje miejsce w szeregu, a miejsce w szeregu jest adekwatne z tym jak ile głosu możemy zabrać.
  4. Sami byliśmy tak wychowywani i żyjemy. Nie  pomylę się w ogóle jeśli napiszę, że takie podejście tyczy się również „dawania klapsów” dzieciom. Moje zdanie w tej kwestii jest rygorystyczne- nie nie można.

Zauważyłam, że rodzice używają groźby z automatu i strzelają tymi wymysłami na „kary” jak z karabinu maszynowego. To uzależnia, wystarczy zacząć, a dobrze wiem, że nasz mózg później nie ma ochoty wysilać się na to dlaczego dziecko nagle stanęło na środku drogi i nie chce iść dalej. Na usta ciśnie się wtedy „ ja idę sama, papa!”. Te cztery słowa działają jak zaklęcie. Niektórzy uważają, że to nic złego. Ja postawiona w takiej sytuacji mając 2, 3 czy więcej lat i patrząc na świat oczami rodziców byłabym przerażona.

Dziecko wstaje, biegnie, ze strachu. Strachu przed stratą, strachu przed obcymi i pozostawieniem samemu sobie. Co robimy w tym czasie? Uśmiechamy się i czujemy satysfakcję. Plan wykonany! Hura! Tylko że nadal nie wiemy czemu nasze dziecko się zatrzymało. Zgubiło zabawkę? Zobaczyło coś bardzo interesującego? Albo po prostu dobrze się bawi i nie chce iść. Nie chcemy się dowiedzieć, nawet nie chcemy się domyślać. To powiedzmy w końcu po tej groźnie że guzik nas obchodzą uczucia i myśli naszego dziecka. Może następnym razem wysilimy się na coś więcej niż cztery słowa, o jedno więcej – „dlaczego?”

 

 

2 komentarze

  1. Wypośrodkowanie naszych oczekiwań względem dziecka, a dostrzeżeniem, że ma ono swój własny charakter potrafi być ciężkie, jednak jest do zrobienia. 😉 Dobry artykuł! I nie ma nic gorszego niż szantaż „bo cię tu zostawię” itd.

Zostaw odpowiedź

Nawigacja