Co z tym jedzeniem?

Twoje dziecko kończy pół roku. Zapewne tak jak ja przedarłaś się już przez gąszcz porad i tabeli dotyczących planu żywienia dzieci. Nie wiem jak Ciebie ale jakiś czas ten temat przyprawiał mnie o ból głowy.

Inna informacja od pediatry inna informacja w książkach. Kasze, mleka, ekologiczne marchewki, słoiki, jogurciki spędzały mi sen z powiek. Karmiąc piersią myślałam sobie: „oh jak dobrze nie muszę jeszcze robić mu specjalnie jedzenia”. Ta reakcja była na tyle dziwna w moim przypadku, że ja uwielbiam gotować. Nie myśląc co na ten temat sądzą kobiety, które kuchnię omijają wielkim łukiem. Kolejną rzeczą o którą się martwiłam to kwestia najadania się.

Tutaj akurat , po czasie, dowiedziałam się i zupełnie zgadzam się z opinią Carlosa Gonzalesa , autora książki „Moje dziecko nie chce jeść”, że nasze dzieci nie głupieją nagle po pół roku i tak jak wiedziały ile mają zjeść z piersi, tak teraz wiedzą dokładnie ile mają zjeść przysłowiowej marchewki.

Postanowiłam podejść do tego tematu na poważnie. Biorąc po uwagę,że nie jestem ekowariatką, ale też i nie zupełną ignorantką w tej kwestii. Czytałam, słuchałam opinii i obserwowałam, a każdą opinie weryfikowałam.

Nie zamierzam tutaj podawać gotowego przepisu i kalendarza żywienia niemowląt bo to nie o to tutaj chodzi. Chcę pokazać na swoim przykładzie że nie warto fiksować się na jednym rodzaju i modelu żywienia.

Na początku stwierdziłam, że będę gotować. Ale co tu dużo mówić. Okazało się, że dzieć mój tej marchewki jeść nie chciał. Niewiele myśląc kupiłam słoiki. I na tym etapie zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę. Ten moment został przerwany jak zobaczyłam 7-8 miesięcznego malca ochoczo wcinającego ogórka, później całą bułkę na deser borówki. Wszystko podawane „do łapy”.Patrzyłam na to „zjawisko” z szeroko otwartą paszczą i dowiedziałam się o BLW (baby led weaning). Od tego momentu dałam mojemu dziecku więcej swobody.

Teraz jestem dumna patrząc że bez problemu potrafi poradzić sobie z całym, nie obranym i pokrojonym jabłkiem, albo mandarynką. Tym bardziej,że widzę różnicę w tej kwestii u dzieci starszych, które nie wiedzą co mają zrobić z nie pokrojonym owocem i dławią się każdą skórką. No powiem to- tak uważam że to wina wyłącznie rodziców. I cieszyłam się że w porę dowiedziałam się o blw i chyba wyzbyłam się nadmiernego strachu związanego z jedzeniem. W końcu trzeba sobie zdać sprawę z tego,że nie możemy mieć na wszystko wpływ.

Bardzo często zdarza się tak, że to tylko i wyłącznie nasze obawy blokują dziecko. Oczywiście na wszelki wypadek wybrałam się na kurs pierwszej pomocy.
Blw okazało się u nas strzałem w dziesiątkę.
Życie lubi weryfikować nasze decyzję. U nas skończyło się na zdrowym rozsądku i podążaniu za dzieckiem. Zostaliśmy po trosze przy kaszkach, jogurtach, produktach po części rozdrobnionych , ale i blw. Cieszę się z tej decyzji, cieszę się z tego, że w porę pewne osoby pokazały mi coś co, nie tyle co otworzyło oczy, ale dało mi wybór i otworzyło inną drogę i rozwiązanie z sytuacji.

Przy karmieniu i wprowadzaniu pokarmów stałych polecam psa.
Ha, Ha! Jest to nie raz kluczowa składowa posiłku , zwłaszcza tego opartego na metodzie BLW. No i może jeszcze śliniaki-fartuszki z Ikei.

Więcej o metodzie BLW tutaj  [KLIK]

1 komentarze

  1. Pingback: Dziecko i pies w jednym stali domu... - Etatowa Matka

Zostaw odpowiedź

Nawigacja