Buntownik nie z wyboru

O buncie dużo się mówi, dużo się pisze. W grupie matek dzieci około 2. lat to chyba temat numer jeden.

  • „Twój zbuntowany czy jeszcze nie?”- słyszy się na placach zabaw.

A dopiero później pada szczegółowy opis….mrożący krew w żyłach, pełen szczegółów i drastycznych zwrotów akcji, niczym dobry thriller.

Różnica taka, że taki film obejrzelibyśmy z zaciekawieniem, a jeśli już mamy to w domu jest gorzej.

Rzuca się na podłogę, ciągle wrzeszczy „nie!”, coś chce a za minutę tego nie chce (bądź odwrotnie), krzyczy, wydziera się…

Takie sytuacje są dla rodziców bardzo frustrujące, a jeszcze bardziej dla dziadków. Był anioł a teraz co, rozpuszczony smarkacz. I czyja to wina? No jasne że rodziców.

A zdanie rodziców jakie? No że bunt, że już tak zostanie… do 18-nastki, albo jak się z domu wyprowadzi.

Mnóstwo metod wychowawczych z których żadna nie działa. Może dlatego, że nie mamy na to wpływu, akurat na to nie. Bardzo trudno zrozumieć dziecko w tym okresie. Dla dorosłych irracjonalne zdaje się tak częsta zmiana zdania i sprawia to wrażenie, że dziecko robi coś specjalnie, na złość.

Wszystko się zmienia, gdy zrozumiemy dziecko i jego decyzje kierowane są w inny sposób. Odbijają się od brzegu, do brzegu, z czego jeden jest prosty  a drugi to istny zygzak. Myśli biją się w głowie. Nagłe emocje ogarniające ciało, ale mózg na tą chwile nie potrafi za nimi nadążyć. Też tak czasem mam w ekstremalnych sytuacjach. Ja czasem, dziecko w tym okresie stale. W głowie roller coaster. Rozumienie, że tak zwany „bunt” jest kwestią rozwojową wiele zmienia.

Jedną rzeczą jaką może zrobić rodzic to zrozumieć. I nie mówię, że to jest proste, bo nie jest. Aby moc to zrobić najpierw trzeba znać siebie, wiedzieć jak panować nad złością. Tylko jeśli znamy siebie jesteśmy w stanie pomóc dziecku, poznać emocje które go w danym momencie zalewają.

W tym okresie warto wyluzować i ułatwić decyzję dziecku w bardzo prosty sposób. Miejmy taką sytuację, że dziecko chce kanapkę, jak już mu ją zrobimy- jemu się odechciało. Gdy więc otwieramy już swoją paszczę, no bo jak już kanapka zrobiona to trzeba zjeść, nagle słyszymy wrzask „nie, nie ja chcę!” i czujemy nagły przypływ krwi do mózgu czyli innymi słowy trafia nas szlag, trzeba odpuścić- to znaczy zostawić kanapkę na stole. Zje to zje nie to nie.Takie proste i bardzo szybko rozwiązuje pewne sytuację. Nie warto wtedy zagłębiać się w dziedziny wychowawcze takie jak „ bądź odpowiedzialny za swoje decyzje- jak nie to nie” . Umęczymy i siebie i dziecko, a skutek wychowawczy taki, że głowa pęka nam od wrzasku , a dla dziecka jesteśmy w tym momencie rodzicem najgorszym pod słońcem. Po prostu czasem trzeba szukać rozwiązań „na skróty” , najprostszych i nie wymagających od nas energii- a one przynoszą spektakularne efekty.

My chyba zaczynamy dopiero przygodę z „buntem”-i dobrze. Zaczyna się więc nowy etap.

I jak widzę niezadowolonego i krzyczącego N., w mojej głowie przypomina mi się tekst:” jak pięknie się złościsz”, który jest na tyle absurdalny ( po części prawdziwy) że od razu mi lepiej, stawia do pionu, wywołuje uśmiech na twarzy i przypomina o odrobinie empatii.

A wy na jakim etapie rozwoju swoich dzieci jesteście?

Prawa do zdjęcia należą do Gerry Thomasen

1 komentarze

  1. Pingback: A Ty tłumacz mądry rodzicu... - Etatowa Matka

Zostaw odpowiedź

Nawigacja